Poker On-line

Ostatnie komentarze

Montesino


Krakowskie opowieści
Blogi | Mateusz "Matej" Dębski
Wpisany przez Mateusz Dębski | środa, 30 września 2009 00:42   

Kraków w tym roku odwiedziłem po raz czwarty. Miasto to darzę ogromnym sentymentem. Tu zaczęła się moja przygoda z Kabaretem Macież, tu też osiągnęliśmy nasz największy dotychczas sukces – Grand Prix na Pace. Przeżyłem tu również wiele pięknych chwil zarówno w życiu artystycznym jak i prywatnym. I mimo, iż wizerunek Krakowa jako miasta artystów, jego obrazy typu „Turnau na Brackiej” czy „mgła na Plantach” jest nieco pretensjonalny, to jednak lubię wracać doń raz na jakiś czas, by odpocząć od mojej ukochanej eklektycznej architektonicznie i kulturowo, zabieganej Warszawy.

USOP KRAKÓW

Nie ukrywam, iż z wyjazdem do Krakowa wiązałem ogromne nadzieje. Z powodu napiętego terminarza koncertowego w tym roku nie mogłem partycypować w trzech ostatnich wyjazdach na USOP. Ponadto po dobrym okresie od kwietnia do lipca, kiedy to ukończyłem w kasie około 25 na 50 rozegranych turniejów na żywo, nadszedł okres dużo słabszy – przez ostatnie półtora miesiąca „scashowałem” jedynie dwa turnieje. Takie gorsze okresy powtarzały się zazwyczaj co kwartał, ale trwały nie dłużej niż kilka tygodni.

Misję „Kraków” rozpoczęliśmy już w czwartek razem z Serginho. Po zakwaterowaniu się w hotelu dołączyliśmy do Jacka Daniela i Pawcia, aby zaaklimatyzować się w nowym miejscu przy partyjce tajskiego pokera. Równolegle coraz to intensywniej wprowadzaliśmy do naszych organizmów „element baśniowy”. Proceder ten zresztą dotyczył dużą większość uczestników wyjazdu do samego końca weekendu. Kiedy zaś przyjechał Prawiczek z ekipą impreza rozkręciła się na dobre. Do tego stopnia, że ochrona przychodziła do nas chyba ze trzy razy, a sąsiedzi z pokoju hotelowego pod nami przenieśli się pięć pięter wyżej. Po zakończeniu gry wyruszyliśmy „w miasto” w celach zapoznawczych z krakowskimi klubami na starówce. Cały wieczór zakończyliśmy około 6 rano, a było to tylko preludium przed tym co dziać miało się następnymi nocami.

W piątek po krótkim spacerze po rynku i konsumpcji jedzenia w jednej z tamtejszych knajp rozpocząłem grę w dniu 1A. Wylosowałem stolik, na którym siedział jeden z najlepszych graczy w Polsce – Soprano oraz młody, bardzo obiecujący, już odnoszący sukcesy – Tomek „Kmpk” Głuszko. Po mojej lewej stronie siedział bardzo solidny Miras, a reszty graczy dotychczas nie znałem, ale tak jak się spodziewałem prezentowali styl albo w miarę konserwatywny i solidny albo po prostu wręcz pasywny. Przez pierwsze kilka poziomów grało mi się bardzo dobrze. Wygrałem kilka średnich pul bez showdownu, spokojnie budując stack. Wiedziałem, że muszę uważać na Soprano i Tomka, ale nie wchodząc z nimi w jakieś marginalne potyczki, powinno być dobrze. I było. Za każdym razie gdy nie włączali się do gry z wcześniejszych pozycji, atakowałem z powodzeniem blindy. Na poziomie 200/400 ante 50 dostałem na buttonie ciekawą akcję: all-in shortstacka za 4.500, drugi all-in za 6.500, a ja podnoszę dwie czerwone damy. Zrobiłem izolację za 17.000 i tak zawodnicy pokazali kolejno: Ac 8c i Ad 10d. Do moich „pań” dostałem fulla, eliminuję dwóch graczy i wspinam się na poziom 30.000 żetonów.

Chwile później przegrałem dwie niewielkie pulę, aż w końcu nadeszło kluczowe rozdanie. Na blindach 300/600 ante 50 Soprano podbija z wczesnej pozycji za 1.500. Postanowiłem sprawdzić podbicie na cut-offie z parą trójek. Flop wyświetlił się: KKQ. Soprano zagrywa za 1900, ja robię szybki call. Na turnie spada 4. Soprano czeka, ja zagrywam za 3800 i po chwili zastanowienia dostaję call. I tu zrobiłem największy błąd. Call na turnie od Soprano oznacza, iż najprawdopodobniej ma damę (jak powiedział parę do JJ by zrzucił) i na pewno sprawdzi mnie na riverze. Mimo to pokusiłem się o „value bet” na river (KKQ44) za 4900 i po callu mogłem już tylko wrzucić moje karty do mucka.. Bardzo żałuję tego rozdania, straciłem w nim dużą część stacka. Podejrzewam, że z większością innych graczy mój floating bluff mógłby zakończyć się powodzeniem już na turnie, ale zdecydowanie wybrałem sobie zbyt dobrego gracza do takiego zagrania. I absolutnie niepotrzebnie i idiotycznie zagrywałem na riverze. Kilka chwil później wraz z moimi jedenastoma tysiącami w żetonach zostałem przesadzony na inny stół, na którym od razu na blindach 400/800 ante 100 dostaję akcję: Łysy siedzący po mojej prawej stronie na UTG +1 zagrywa za 3200, ja  podnoszę AKd deklarując all-in za 11500, dostaję call od big-stacka po lewej, a Łysy nagle dorzuca jeszcze swoje 17500. Zawodnik po mojej lewej stronie po minucie namysłu dorzuca pozostałe do wyrównania 6000. Pierwszy call dostałem od TT, natomiast Łysy pokazał AQo! Niski flop, dziesiątki się utrzymują i moja przygoda z turniejem USOP dobiegła końca. Generalnie jestem dosyć zadowolony ze swojej gry, szkoda tylko, że tragiczny błąd w rozdaniu z Soprano przeważył właściwie na reszcie turnieju.

Mimo zakończenia udziału w Main Evencie, nie był to koniec krakowskiej przygody. Już chwilę później dołączyłem do dużej grupy osób świętujących urodziny Sławka - znanego warszawskiego gracza z „grubego stolika”. Impreza skończyła się o 8 rano, podobnie zresztą działo się w sobotę. Ostatniego dnia natomiast wraz z grupą tzw. „warszawskich klapsów” poświęciliśmy się grze w tajskiego pokera, by po zakończeniu późnym wieczorem skupić się na dopingowaniu Karelliego na stoliku finałowym. Droga jaką przebrnął w tym turnieju jest niesamowita: po pierwszym dniu był chipleaderem, by w dniu drugim po godzinie gry spaść do 2 dużych blindów. Nie przeszkodziło mu to jednak w odbudowaniu stacka i ostatecznym wygraniu turnieju w heads-upie z Benchmarkingiem. Krzysztof miał ostatnio bardzo trudny okres i wygrana w tym turnieju należała mu się jak mało komu innemu. Gratulacje Karelli!

Podsumowując wyjazd pokerowo był on nieudany, towarzysko bardzo urozmaicony i pozytywny. Kolejne parę dni spędzonych w Krakowie, dni bardzo przyjemnych, choć nie pozbawionych niedosytu i zawodu...

WARSZAWA I PLANY

Po powrocie w poniedziałek pojechaliśmy zagrać ostatni w tym sezonie turniej z cyklu Unibet Terminator. Był to chyba najgorszy terminator w moim wykonaniu. Na domiar złego przegrałem rzutem na taśmę z Lukrem walkę o wejściówkę na USOP Wisła.. Oczywiście do Wisły pojadę, ale to kolejny niedosyt, kolejna sprawa przegrana o włos, jak wszystko w moim życiu ostatnio. I kiedy spacerując po warszawskim Powiślu, wczoraj o 23.30 po odpadnięciu z turnieju, gdy nachodziły mnie już tylko takie nostalgiczne, a nawet żałosne myśli postanowiłem wziąć się w garść, wróciłem do Hiltona na stół Cashowy 5/10 Dealer’s Choice (12 gier). Po słabym początku trafiłem dużą pulę w omahę w 6-cio osobowym pocie. Zakończyłem grę na sporym plusie odgrywając spokojnie cały wyjazd do Krakowa. Może to jakiś punkt zwrotny? Mam nadzieję, bo już w piątek rozpocznie się Unibet Deepstack (2200zł /3 dni/30.000 na start/godzinne blindy), na który wejściówkę wygrałem w satelicie tydzień temu za 100zł z rebuyami. Na pewno trzeci odcinek mojego bloga poświecę temu właśnie wydarzeniu. Zapraszam też wszystkich do oglądania 3.października o godz. 20:00 na TVP2 programu Kabaretowy Klub Dwójki, w którym ukażą się 2 nowe filmy Kabaretu Macież: „Salonowiec” i „Reportaż o sportowcach”.

JERZY WASOWSKI

Dziś mija 25 lat od śmierci Jerzego Wasowskiego – wybitnego artysty kabaretowego, kompozytora, reżysera i dziennikarza, który wraz z Jeremim Przyborą współtworzył przez lata Kabaret Starszych Panów. W sumie stworzył ok. 700 piosenek, ok. 150 ilustracji muzycznych do słuchowisk radiowych, widowisk telewizyjnych, filmów animowanych i fabularnych, sztuk teatralnych. Ach, jak to kiedyś wyglądało…

 
POST SCRIPTUM

Chciałbym bardzo serdecznie podziękować wszystkim za miłe słowa po opublikowaniu pierwszego odcinka mojego bloga. Jego oglądalność, o której dowiedziałem się od Marty i Przemka przekroczyła moje najśmielsze oczekiwania. W Krakowie usłyszałem tyle miłych zdań, że czułem się nieswojo w takiej sytuacji. Jestem niesamowicie wzruszony, że coś co robię i w co wkładam serce spotyka się z pozytywną recepcją. To ogromnie budujące szczególnie w okresie kiedy więcej rzeczy nie wychodzi niż wychodzi. Zobowiązuję się, by nie zawodzić. Na koniec piosenka jednego z genialniejszych twórców polskiej piosenki poetyckiej Marka Grechuty wraz z zespołem Myslovitz o jakże wymownym tytule: „Kraków”.

 

Linki sponsorowane

 

Dodaj artykuł do: Udostępnij na Facebooku! Dodaj do Twittera! Dodaj do Śledzika! Wykop to Dodaj do Blip! Wrzuć w Gwar Dodaj do Digg!

 

Dodaj komentarz

Kod antysapmowy
Odśwież

   

© Copyright 2009-2012, All Rights Reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone - PolishRounders.Org | Kontakt: redakcja@polishrounders.org.
PolishRounders.Org publikuje na swoich stronach newsy, artykuły, analizy, relacje, wywiady i wiadomości z różnych źródeł. W przypadku jakichkolwiek uwag przypominamy, że za wszelkiego rodzaju nieścisłości jedyną odpowiedzialną osobą jest sam autor. Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników Portalu. PolishRounders.Org nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.